niedziela, 2 grudnia 2012

212.

Okrutny losie. Sprowadziłeś mnie tu, a teraz jestem sama. Okrutna też rzeczywistość, która brutalnie bez ogródek kopie nas w tyłek i mówi, że to koniec sielskich dni i czytania po nocach, bo rano trzeba wstać...do pracy/szkoły. I gdy tylko otworze powieki męczy mnie myśl, że za chwilę muszę wyjść, muszę szybko się zbierać, biec. Spędzić 8 godzin w miejscu zwanym szkołą, w miejscu o którym mówi się, że tam uczy się młodych ludzi. Nie. Tam nie uczy się młodych ludzi. No chyba, że zazdrości i niesprawiedliwości wyroków. Niekoniecznie boskich. Tam się ocenia młodych ludzi, wbija się im do głów definicje, precyzyjnie ułożone spisane i powielane definicje. Zamyka się ich w tych definicjach nie ucząc samodzielnego myślenia, które niezbędnym jest by przetrwać w dalszym "dorosłym" życiu.  Wróci z pracy za godzinkę. Tęsknie. Powinnam się uczyć, a tymczasem prokrastynuję się z kubkiem herbaty. Prokrastynacja zabija powoli. Uderza w twarz, kiedy tylko uświadomisz sobie, że miałeś okazje być w czymś lepszy, zrobić coś fascynującego. Ale teraz jest Ci dobrze tak jak jest, i nie ważne jest to co potencjalnie Ci umyka.
        Kolacja, film, papierosy i ON. Najlepsze weekendy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz