środa, 19 października 2011

Sto sześćdziesiąt trzy.

Pobudka o 4.30. pół godziny drogi i jesteśmy u Ludzisku. Wsiadam do auta, zaspana, podekscytowana. Inowrocław, autobus. Przesiadka, na miejsca które z początku wydawały się katastrofą. Film, 300  - jak zawsze oglądałam go z podziwem i zainteresowaniem.. Przeczytałam mnóstwo felietonów, mnóstwo wypowiedzi politycznych, informacji. Dojechaliśmy. Centrum Nauki Kopernik, czyli najnudniejsze miejsce w jakim do tej pory byłam. W półgodziny obeszłyśmy pierwsze piętro, parteru nawet nie zaczęłyśmy. Chciałyśmy coś zjeść, coś niezdrowego, a zarazem tak smacznego. Chciałam Chickenburgera z Macdonald, ale tam nie było Macdonald. Tylko jakaś bezsensowna restauracja, z badziewnym menu gdzie pizza o średnicy 30 cm kosztowała 60 złotych. Obłęd. Wzięłyśmy coś z karty, było nawet smaczne, zjadłam swoja porcję, i kawałki których nie chciały już dziewczyny. Bo ja tylko tak wyglądam jakbym nic nie jadła. Dwie i pół godziny przesiedziałyśmy przy stoliku. Kiedy już byliśmy na zbiórce, okazało się, że jakiś chłopczyk z podstawówki się zgubił. Ano tak, nie wspomniałam, że wraz z naszą grupą jechała jeszcze podstawówka, a w drugim autobusie gimnazjum. Jak już mówiłam obłęd. Nauczycielki, szukały chłopca, który jak się okazało chodził sobie sam po tak dużym obiekcie. Kompletna nieodpowiedzialność. Komiczna ilość czasu na zwiedzenie starówki, pomnik Zygmunta, restauracja pani Gessler. Jedyny pożytek z tego to dwa piny, jeden z znakiem Anarchii, drugi Nirvany.
Powrót jest chyba tą najfajniejszą częścią wycieczki. Najpierw z Natajlą szukałyśmy częstotliwości z radiem Eska Rock, udało się, ale im dalej Wawy tym większe zakłócenia. Po zachodzie słońca, kiedy to dziewczyny się rozkręciły zaczęło się śpiewanie weselnych i DiscoPolowych piosenek. Było przekomicznie, brzuch mnie od śmiania bolał strasznie.
Podsumowując, zakochałam sie w mieście Warszawa, chyba dlatego, że to duże miasto, takie w jakim chciałabym mieszkać.
CNK - nuda.
Dziewczyny z IIIa nie są wcale takie złe.
Powrót do domu akurat na Przepis na życie. Gorący prysznic, sen. Na Kubę nie miałam juz siły. Kiedy obudziłam się rano, stwierdziłam, że dziś pierdolę i nie idę. Los, pech czy inne pierdolone fatum chciało, że jechał akurat dziś .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz