czwartek, 27 października 2011

Sto sześćdziesiąt dziewięć.

Dzisiejszy dzień, achh. Nie widziałam go już od tygodni (?) Zrezygnowana stoję, czekam na autobus. Jeden, drugi. Trzeci, zatrzymał się, wsiadłam. Rozglądam się po autobusie, nie nie poszukuję wolnego miejsca. Poszukuję Jego. I stojąc w półmroku, nie widząc ludzi siedzących z tyłu, dociera do mnie, że nie jedzie, że nie ma go. Znowu, a przecież dzisiaj czwartek, ten magiczny czwartek. Wysiadła większość autobusu, zwalniają się miejsca. Idę do tyłu, podnoszę wzrok, serce zaczyna szybciej bić, ręce się trzęsą, a odwaga uciekła. Dosiadam sie do znajomego. Rozmawiam z nim, przytakuję, gadam głupoty. Mam go na wyciągnięcie ręki. Jestem sparaliżowana. Mój przystanek, mój cel, moja szkoła. Wysiadam, wstaję, ''Pa'' i idę. Zatrzymuję się tuż przed wyjściem, spoglądam zdecydowanym wzrokiem - patrzy się. Uśmiecham się, jestem prze szczęśliwa. Spoglądam w górę na autobus - ostatnie miejsca, znów śledzi mnie wzrokiem. Od tego momentu, jestem najszczęśliwszym człowiekiem. Przynajmniej tak wtedy myślałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz